czwartek, 6 lipca 2017

Kolorowe pasemka na brązowych włosach


Już od dłuższego czasu podobały mi się kolorowe włosy, jednak nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek sobie takie zrobię. Wtedy w moje ręce wpadły szampony koloryzujące Star Color firmy Marion. 



Produktem tym można pofarbować zarówno całe włosy, jak i zrobić ombre czy pasemka. Wszystkie opcje są dokładnie wyjaśnione na opakowaniu. Ja wybrałam kolorowe pasemka. To była moja pierwsza przygoda z farbowaniem jakkolwiek włosów, więc trochę się pomęczyłam. Jak już zapewne zauważyliście zdecydowałam się na kolor czerwony, dlatego że jakoś najbardziej pasował mi do moich brązowych włosów. Mam jeszcze różowy, ale nie jestem pewna czy w ogóle będzie widoczny na moich włosach. 


Co do efektów to sami widzicie na zdjęciach, jednak wydaje mi się, że na żywo kolor ten jest znacznie mniej widoczny. Osobiście jestem zadowolona z tego, że odcień pasemek wyszedł bardzo delikatny i na pewno jeszcze sobie zrobię ich więcej  (na róż pewnie też się skuszę!).


Co do bardziej technicznych spraw. Produkt ten nie zawiera amoniaku, utleniacza, rezorcyny i PPD. Produkt jest gotowy do użycia. Dużym plusem jest fakt, że saszetki są zamykane, dzięki czemu jeśli nie zużyjemy całego produktu możemy spokojnie przechować go do następnej aplikacji. W zestawie mamy 2 saszetki po 35 ml i 2 komplety foliowych rękawiczek. Kolor półtrwały (nie zmywalny w 100%). Kosmetyk ten przepięknie pachnie. 


Jeszcze co do samej aplikacji. Farbę (czy szampon jak kto woli) nakładacie na lekko zwilżone włosy. Następnie w zależności od efektów jakie chcecie uzyskać tak nakładacie farbę (całość, pasemka lub ombre). W moim przypadku włosy musiałam ułożyć na wyciętych paseczkach z folii aluminiowej, wmasować szampon w pasma włosów, a następnie zawinięte w folię włosy musiały odczekać 30 minut. Następnie poszłam tradycyjnie umyć włosy i wszystko było gotowe. Kto by pomyślał, że zrobię sobie sama kolorowe pasemka w domu. ( ja na pewno nie! XD) 


Próbowałyście już czegoś takiego? Co sądzicie o kolorowych włosach? Napiszcie koniecznie w komentarzach jak Wam się podoba taki efekt :) 

Zapraszam również na:

czwartek, 15 czerwca 2017

Opalenizna przez cały rok!


Wreszcie wakacje! Czas, w którym przebywanie na powietrzu jest absolutnie obowiązkowe! Zapewne wiele z Was planuje wyjazdy nad morze zarówno w Polsce, jak i za granicą. Część z Was wybierze też zapewne jeziora, góry czy nawet własne ogródki, ale pewne jest jedno - każdy z Was będzie wystawiał swoją skórę na kontakt ze słońcem. Idealna opalenizna na lato, to coś o czym marzy bardzo wiele osób, ja również! Opalona skóra często wygląda na dużo zdrowszą, a także chociażby nasze nogi optycznie wydają się szczuplejsze, gdy jesteśmy lekko brązowi. 


Jednak promieniowanie UV ma też sporo minusów, skóra pod wpływem słońca wysusza się, może dochodzić do przebarwień, a także może powodować zmarszczki i przyspieszać starzenie skóry. Promieniowanie słoneczne może też w najgorszym wypadku powodować poparzenia i raka skóry, dlatego tak ważna jest ochrona przed słońcem!


Dla mnie bardzo ważna jest przede wszystkich ochrona mojej twarzy, dlatego smaruje ją kremem z wysokim filtrem, a często też zakrywam buzię gdy się opalam. Wiele osób błędnie myśli, że opalenizna pomoże przy problemach z trądzikiem, jednak nic bardziej mylnego! Nawet jeśli początkowo wygląd cery się poprawi, to później skóra bardzo się zbuntuje. 


Nie zapominajcie też o tym, by posmarować Wasze ciało przed opalaniem i to nie na samej plaży, ale odpowiednio wcześniej tak, by krem zdążył się wchłonąć, dodatkowo warto też pamiętać o tym, że czynność tę warto powtarzać, co 2-3 godziny szczególnie jeśli w międzyczasie wchodzicie do wody. Wiem, że czasami kusi, aby się nie smarować, szczególnie jeśli opalacie się tak wolno, jak ja i ciężko Wam się spalić, ale wierzcie mi, że skóra w przyszłości podziękuje Wam za to, że dbaliście o nią podczas kąpieli słonecznych!


Jeśli jednak marzy Wam się szybka opalenizna możecie skorzystać z przyspieszaczy do opalania. Ja ostatnio testowałam ten z Marionu, który widzicie na zdjęciu powyżej. Bardzo spodobało mi się to, że był w saszetce, dlatego że jeszcze nigdy nie zużyłam żadnego produktu do opalania do końca, a tutaj saszetka idealnie sprawdza się na jeden raz. Przyspieszacz jest w formie balsamu i bardzo fajnie nawilża ciało. Ciężko stwierdzić na ile przyspieszył opalanie, ale na pewno skórę po tej kąpieli słonecznej miałam ładnie i przede wszystkim równo muśniętą słońcem. Posmarowałam się też nim już na samej plaży, a wcześniej kremem z filtrem, dlatego że sam przyspieszacz nie ma żadnej ochrony. 


Na co dzień lub na mniej intensywne słońce lubię też smarować się olejkami do opalania, które mają niską ochronę, ale mają! Ostatnio wpadł mi w ręce olejek firmy Bandi, który mi bardzo przypasował przez to, że jest w formie mgiełki. Na co dzień fajnie się sprawdza, gdyż nawilża skórę, dzięki czemu pięknie się błyszczy! 


Jednak nie wiem, jak Wam, ale mi marzy się opalenizna przez cały rok! Jednak nie mam okazji podróżować w ciepłe miejsca zimą, a opalenizna z wakacji nie utrzymuje się niestety super długo. Jednak opalenizna bez słońca również jest możliwa! Bardzo polubiłam się chociażby ostatnio z brązującą mgiełką z Lirene, która nie dość, że jest łatwa w aplikacji, to nie robi żadnych smug. Używam jej raz lub dwa w tygodniu, dzięki czemu skóra wygląda na delikatnie muśniętą słońcem bez zacieków i bez czekania aż produkt wyschnie, co daje jej przewagę nad samoopalaczami. Możecie wybrać też solarium, które osobiście odwiedzam naprawdę rzadko i to głównie tylko po to, żeby się wygrzać zimą, ale sposób ten nie należy również do najzdrowszych dla naszej skóry.


Bardzo fajnym rozwiązaniem są również wszelkiego rodzaju fluidy do ciała. Idealnie sprawdzą się na jakieś imprezy lub ważne wyjścia. Ostatnio użyłam takiego kremu CC z Bielendy na imprezę, na moje nogi i byłam bardzo zadowolona. Wyrównał on koloryt mojego ciała i ładnie opalił nogi, dodatkowo nie brudził ubrań i trzymał się pięknie przez całą noc. Myślę, że takie produkty świetnie się sprawdzą na wszelkiego rodzaju wesela czy inne tego typu imprezy. 

Dajcie znać, jakich produktów wy używacie do opalania i po opalaniu? Czy opalacie się szybko czy tak, jak ja nigdy się nie spalacie? A może też nie lubicie bezczynnie leżeć plackiem na plaży i wolicie opalać się w ruchu? Jestem bardzo ciekawa :) 


Zapraszam również na: 




sobota, 13 maja 2017

kwietniowe pudełko Liferia


Pamiętacie pudełeczko Liferia, o którym wspominałam już kilka postów wcześniej? Dzisiaj przegląd tego, co znalazło się w kwietniowym wydaniu, a powiem Wam, że naprawdę z tego pudełka jestem całkowicie zadowolona. Jak na razie 2 na 2 pudełka były bardzo dobrze dobrane, myślę, że wynika, to z tego, że faktycznie pudełeczka są starannie dobierane, a produkty, które się tam znajdują są niezbędne często w naszej codziennej pielęgnacji. 



W ostatnim poście marudziłam, że brakuje ulotki z informacjami o produktach, a tym razem się znalazła, nie wiem czy ostatnio przypadkowo otrzymałam dwie takie same kartki czy może teraz się, to poprawiło, ale zdecydowanie ułatwia, to sprawę! Tradycyjnie wszystko było pięknie zapakowane, także uśmiech nie schodził z twarzy przy otwieraniu :) 



W pudełeczku znalazły się  cztery pełnowymiarowe produkty, a cała wartość pudełka wynosiła 144 zł czyli całkiem nieźle, jak na to, że pudełko kosztuje 59 zł. Na hasło: kreatywniejszy_april macie dodatkowo szósty produkt gratis do kwietniowego pudełka, które wciąż możecie zamówić. 


W pudełku znalazły się: 
Róż mineralny Rhubarb Wine - Neauty Minerals, Polska
Serum rozświetlające  - NSPA Anglia
Bronzer mineralny Sunkissed Shimmer - Earthnicity, Anglia
Olejek Roll-on - Bio Oleo Cosmetics, Polska
Naturalny Odżywczy balsam do ciała z olejkiem z dzikiej róży - Cosnature, Niemcy


Dajcie znać czy znacie te produkty i co sądzicie o zawartości pudełeczka, może któryś z produktów szczególnie Was zainteresował? :)

Zapraszam również na:

poniedziałek, 8 maja 2017

Katering dietetyczny Body Chief


Zawsze byłam ciekawa, jak to jest z tymi kateringami dietetycznymi, ale nigdy nie sądziłam, że zdecyduję się kiedykolwiek na coś takiego, głównie ze względów finansowych, aż do piątku... 


A właściwie wszystko zaczęło się w weekend majowy. Wróciłam na weekend do domu rodzinnego, do Gorzowa, otwieram lodówkę, a tam pudełeczka z naklejkami Body Chief, jak się okazało mój brat zdecydował się na katering dietetyczny właśnie od nich. Jest, to poznańska firma, która działa w różnych miastach w Polsce i jak się okazało między innymi w Gorzowie też, ale do brzegu... Po rozmowie z bratem zaciekawił mnie bardzo temat i postanowiłam wejść na ich stronę poczytać trochę o Body Chiefie, szczególnie gdy dowiedziałam się, że mają opcję dla wegetarian!


Gdy weszłam na ich stronę pierwsze, co musiałam wybrać, to miasto, które mnie interesuje, szczerze mówiąc wybór był spory. Następnie szereg diet do wyboru od standardowej przez wegetariańską, sportową, po te bez glutenu i laktozy, każdy znajdzie coś dla siebie! Wchodząc w dietę, która Was interesuje wybieracie ilość kalorii od 1000 wzwyż i dni, na które zamawiacie dietę. Ja zdecydowałam się na dzień testowy i wybrałam dietę 1500 kalorii, dlatego że planowałam trening tego dnia (no i opcję wegetariańską oczywiście). Wybór dnia testowego był dla mnie idealną opcją, gdyż za jedyne 31 zł miałam, aż 5 posiłków, normalnie jeden dzień w tej opcji kosztuje bodajże 51 zł, więc idealnie jeśli chcecie wypróbować czy takie jedzenie jest dla Was. 


Co jest też bardzo fajne możecie wybrać sobie przedział godzinowy, w którym dostarczą Wam dietę, jeśli się nie mylę od 4 w nocy do 12 w południe. Ja zdecydowałam się na godziny między 7, a 8. Jakoś 7.20 słyszę domofon i choć spałam jakieś 3 h wyskoczyłam z łóżka i już do niego nie wróciłam byłam tak podekscytowana kateringiem (zdecydowanie jedzenie, to jedna z tych rzeczy, które bardzo mnie uszczęśliwiają hahaha). Przyznam, że to był jeden z fajniejszych dni, zero gotowania, zero zakupów jedzeniowych, no marzenie! 




Śniadanie: 
Jogurt naturalny z musli, mango, suszoną żurawiną i orzechami nerkowca

Drugie śniadanie:
Pasta twarogowa z papryką i szczypiorkiem oraz pieczywo

Obiad:
Fasolka po bretońsku z pieczonymi ziemniakami 

Podwieczorek:
Ciasto buraczkowe

Kolacja: 
Zapiekanka z cukinii z pomidorem i mozzarellą


Menu bardzo przypadło mi do gustu! Co więcej jedzenia było tyle, że nie zjadłam tego w ciągu jednego dnia i podwieczorek, i kolację zjadłam dopiero na następny dzień, jednak wynikało, to z faktu, że piątek miałam bardzo napięty i obiad zjadłam dość późno i nie byłam już głodna. Jednak gdybym zachowała odpowiedni odstęp między posiłkami myślę, że byłoby idealnie, na pewno nie czułabym głodu, jak pisałam wcześniej byłam też w ten dzień na treningu, więc naprawdę wierzcie mi, że jedzenia jest sporo, oczywiście możecie wybrać opcję kaloryczną jaką tylko chcecie! Powiem Wam, że przez ten katering jeszcze bardziej ubolewam nad tym, że nie mam w Poznaniu piekarnika, bo zapiekankę z cukinii czy pieczone ziemniaczki chętnie bym robiła sobie częściej, nawet nie wiedziałam, że to może być takie pycha, a już nie wspomnę o cieście buraczkowym, mniam!


Czas na podsumowanie! Ogólnie uważam dzień testowy z Body Chiefem za udany! Tym bardziej ubolewam, że nie mogę sobie pozwolić na tego typu katering na co dzień, ale kto wie może jeszcze kiedyś skorzystam z ich usług, bo było naprawdę pysznie. Mimo wszystko uważam, że ceny mają naprawdę korzystne, jednak nie na studencką kieszeń (albo po prostu nie na moją kieszeń). Jeśli jednak macie fundusze, nie macie czasu gotować, chcecie schudnąć lub macie inne motywacje, by trzymać tego typu dietę, a sami nie umiecie się za to wziąć, to naprawdę, to super opcja! Dodatkowo brak konieczności przygotowywania posiłków, to naprawdę duża oszczędność czasu, naprawdę miło było poświęcić czas na inne rzeczy niż na gotowanie! Jeśli zastanawiacie się nad kateringiem dietetycznym po prostu weźcie sobie taki jednorazowy dzień testowy i myślę, że rozwieje, to Wasze wszelkie wątpliwości. :) 


Dajcie znać czy kiedykolwiek próbowaliście i czy chcielibyście, a także ogólnie, co sądzicie o kateringu dietetycznym, jestem bardzo ciekawa Waszej opinii! :) 

Zapraszam również na

piątek, 21 kwietnia 2017

Liferia


Na rynku obecnie mamy pełno tego typu pudełeczek, dzięki którym możecie poznawać nowe produkty, tym razem pod lupę biorę marcowe pudełeczko Liferia. Firma chwali się tym, że bardzo starannie dobiera produkty, by spełniały wysokie standardy jakości, a do pudełka trafiają produkty znanych marek, jak i te niszowe, których większość z nas nie zna. 



Produkty przyszły w przeuroczym pudełeczku (które mam zamiar zachować i wykorzystać na przykład na biżuterię lub kosmetyki), a i w środku paczuszka ładnie się prezentowała, nie jest to zapewne najważniejsze, ale miło otwiera się takie przesyłki, a i można komuś coś takiego zamówić na prezent. Na pewno jest, to fajna opcja dla osób, które lubią poznawać nowe marki i kosmetyki, a ponadto lubią niespodzianki. 


W pudełeczku znalazłam obiecanych 5 produktów z Anglii, Izraela i Polski. Przyznam, że jedyną markę jaką wcześniej znałam z pośród tego, co tam się znalazło była marka BalneoKosmatyki, z całą resztą spotkałam się po raz pierwszy. Bardzo też spodobało mi się, że w paczce były 2 pełnowymiarowe kosmetyki, bo z opisu na stronie wynikało, że w pudełku będą same miniatury. Pęseta oczywiście też na plus, bo jest to coś, co często gubię, a zawsze jest mi niezbędne. Krem Ahava wydaje się być dość wydajny, jak na małą pojemność. Żel Apple & Bears cudownie pachnie i bardzo ubolewałam, że jest to tylko miniaturowa wersja, ale na pewno przyda mi się na moje weekendowe wyjazdy, które czekają mnie w maju. 




Podsumowanie: 
W pudełeczku przede wszystkim znalazły się produkty, które są przydatne i które na pewno zużyję, gdyż produkty do pielęgnacji twarzy i ciała zawsze są nam niezbędne. Bardzo podoba mi się też, że są to produkty, których wcześniej nie znałam, dlatego że lubię testować nowości. Jeśli miałabym wskazać minusy, to na pewno brak kartki z informacją o produktach, która z reguły znajduje się w innych tego typu pudełeczkach (chętnie poczytałabym o markach, jak i samych kosmetykach, które są w pudełku, a tak sama musiałam szukać tych informacji). Minusem dla niektórych może być też fakt, że niewiadome jest, co się znajdzie w pudełku, jednak dla wielu osób będzie, to plusem. 
Warto wspomnieć też o cenach. Wartość pudełeczka wynosi ok. 145 zł (przynajmniej tak Liferia podaje na swoim fanpage'u na Facebooku), zaś subskrypcja na 1 miesiąc - 69 zł, 3 msc - 171 zł i na 6 msc - 336 zł, możecie wybrać także opcję zamów teraz za 59 zł ( z resztą wszystkie szczegóły macie tutaj). Czy jest, to opłacalne? To musicie już same ocenić, myślę, że wszystko zależy od indywidualnych preferencji. 


Zapraszam również na:

piątek, 7 kwietnia 2017

Karafka Bistro & Cafe Poznań


Już od jakiegoś czasu Kitty opowiadała mi o dobrych pancake'ach z Karafki, ale ciągle nie było nam tam po drodze, aż do czwartku! Dzień przed naszą wizytą na jednym z tych "bardzo ciekawych" wykładów Kitty szturcha mnie i mówi "idziemy jutro do Karafki, wszystkie pancakesy za 10 zł" i pokazuje mi monitor swojego laptopa. Jako, że lubię dobre jedzenie (a te słodkie w szczególności), jeszcze jak ktoś zrobi je za mnie i jeszcze w takiej cenie, no to jak mogłam nie skusić się na taką propozycję! Happy Hours mają tam codziennie od 15 do 19 (tylko dla studentów) i każdego dnia jest coś innego, także jeśli chcecie przyjść na pancakesy, to tylko w czwartki! :) 


Jak już postanowiłam wyjść gdzieś dalej niż za moją dzielnicę i mury uczelni, to stwierdziłam, że będzie, to świetna okazja, by po raz pierwszy założyć moją nową jeansową spódniczkę w kształcie litery A, która dzień przed przyszła mi z shein.com. Wprawdzie spódniczki te cieszą się popularnością już od dłuższego czasu, to ilekroć przymierzałam je w sklepach jakoś nie do końca dobrze się w nich czułam, dlatego trochę obawiałam się czy był, to dobry wybór. Ale powiem Wam, że ten model bardzo mi przypasował, z resztą możecie sami ocenić czy Wam się podoba czy nie. Na pewno kolejny raz utwierdziłam się w przekonaniu, że warto z chińskich stron zamawiać jeansowe rzeczy. Jakby ktoś był zainteresowany, to identyczną macie tutaj. Ale wróćmy do Karafki...





Pierwsze, co rzuca się w oczy po wejściu do lokalu, to duża przestrzeń i ciekawy wystrój. Zasłony zwisające z sufitu, kredki na stołach, świeże tulipany i interesujące fototapety, to zdecydowanie coś czego nie widziałam w innych knajpach! Cóż więcej tu dodać, na pewno dużo miejsc do siedzenia, a przy okazji tak ustawionych, że spokojnie nawet przy dużym ruchu będziecie mogli liczyć na prywatność i nikt do talerza Wam nie zajrzy i Waszych rozmów też nie podsłucha ;)







Idąc do Karafki obie wiedziałyśmy już, co zamówimy, ja wybrałam wersję z Oreo, zaś Kitty z M&Msami. Jak widać po mojej minie wyglądało i pachniało rewelacyjnie, co więcej za jedyne 10 złotych, no cóż więcej chcieć do szczęścia? Powiem Wam, że tak jak rewelacyjnie wyglądały tak też smakowały, a dodatkowo szybko otrzymałyśmy nasze zamówienie. Pancakesy były idealnie puszyste, poziom słodkości też w normie (chociaż na wstępie wzięłam kawkę, co by zrównoważyć smaki), a i porcja myślę, że w sam raz, chociaż ja już końcówkę tycią musiałam zostawić (z bólem serca) ze względu na brak miejsca. Wersja mojej kumpeli była ponoć zdecydowanie słodsza, (a dziewczyna wie, co mówi, bo była tam nie pierwszy raz) niemniej ponoć bardzo dobra. Obie wyszłyśmy zadowolone i ze smaków, i z ceny. Jeśli miałabym je ocenić od 0 do 10, to postawiłabym na ósemkę.



Dajcie znać jeśli macie jakieś pytania, napiszcie, którą wersję pancakesów byście wybrali i jak Wam się podobał taki post, a ja zapraszam Was także na: